Proste podsumowanie 2020 roku

Proste podsumowanie 2020 roku


Można byłoby zastanawiać się, po co komu kolejne podsumowanie - czy już inni nie podsumowali wszystkiego, co trzeba? Otóż nie, bo każde podsumowanie jest czyjeś, a ja mam potrzebę napisania własnego. A nie wiedzieć czemu, mam poczucie, że to spojrzenie wstecz - zwrócenie uwagi na to, co mimo okoliczności, udało mi się skończyć i zrobić w 2020 roku - pozwoli mi z większą motywacją i wdzięcznością wejść w Nowy Rok. 

Czy 2020 rok był łatwy? Nie. Ale nie chcę skupiać się tu na tym wszystkim "Złym", co nam zafundował. Każdy przeżył swoje trudne chwile, strachy i zwątpienia. W tym roku jednak wydarzyło się także wiele dobrego. 

Co by to było bez filtrów w messengerze ?


To był rok, kiedy nauczyliśmy się, albo przypomnieliśmy sobie wartość relacji z drugim człowiekiem. Tęskniliśmy za tymi całkiem bliskimi i tymi dalszymi znajomymi. Rozmawiałam z rodziną przez video i doceniłam sobie jak cenne jest kiedy możemy usiąść obok siebie i położyć dłonie na tym samym stole. Jaką wartość ma wypicie razem kawy na żywo, a nie przez połączenie przez telefon. 

To był rok, w którym zobaczyłam, że życie ludzkie jest kruche, że to nie prestiż, wspaniała praca i posiadanie wszystkiego, czego się chce dają wartość. Tak łatwo jest stracić zdrowie - w tych chwilach docenia się to, co najprostsze i najmniejsze. Widzi się jakąś wartość mają proste codzienne czynności, spotkania i rozmowy. 

To był rok walczenia z emocjami - rok, kiedy uczyłam się, że uspokojenie swoich wahających się uczuć to naprawdę sztuka. To był czas zauważania drobnych, dobrych rzeczy i cieszenie się nimi. To był rok, kiedy uczyłam się nie wybiegać myślami do przodu, ale przeżywać każdy dzień jak najlepiej potrafiłam. 

To był rok kiedy pierwszy raz posadziłam swoje własne rzodkiewki i truskawki. Kiedy zrozumiałam, że chyba nie zostanę ogrodnikiem, ale są jakieś nieliczne gatunki roślin, które nie umierają u mnie (dla ciekawych - to paprotki i kaktusy).


w 2020 skończyłam studia i zaczęłam kolejne - takie, które mnie fascynowały, ale długo bałam się podjąć ryzyko i zacząć drugi kierunek. 

Takie świętowanie po obronie 


W 2020 roku nauczyłam się obchodzić z ciastem drożdżowym i zrobiłam najlepsze w życiu bułki z czekoladą. 

Nie wiem ile przeczytałam książek, ani ile filmów i seriali obejrzałam. Nie wiem, ilu nowych słówek po włosku się nauczyłam. Ale rozwijałam się w swoim tempie i szłam do przodu, nawet jeśli małymi krokami. 

Skończyłam za to oglądać kultową Grę o tron, Friends i całą serię Marvela - a to spowodowało, że zdecydowanie wzrosło moje zrozumienie popkulturowych odniesień, memów i gifów :) 

W tym roku wreszcie przemalowaliśmy ciemno-bordowe ściany na piękny, piaskowy kolor - kompletnie odmieniając oblicze mieszkania. 

Pierwszy raz pojechałam na farmę dyni i kupiłam piękne okazy w różnych kolorach - nawet takie całkiem białe. 

Jedynie 

Świętowałam drugą rocznicę ślubu i 24 urodziny - z tej okazji udało mi się zrobić nawet ciasto cytrynowe, na które nigdy nie miałam czasu :) 


Chociaż podróżowanie w tym roku nie było łatwe udało nam się odwiedzić piękne miejsca w Polsce - zamki i zakamarki Kotliny Kłodzkiej, Bory Tucholskie, oczywiście nadmorskie kurorty Władysławowo i Gdynię :) Spotkaliśmy się nawet z Kopernikiem w Toruniu. 

Hel 

Nawet Kopernik dba o bezpieczeństwo w maseczce :)



Kłodzko 


To był dobry rok. Nie był łatwy, ale był dobry. Dlatego, że takim chcę go zapamiętać, na tym, co dobre się skupić, zobaczyć jaką łaską i dobrem jest to, że przetrwałam go ja i moi bliscy. 

Dlatego podsumowując ten rok, chcę zapamiętać to, co dobre i szczęśliwe i budować w sobie postawę wdzięczności. A jeśli takie podejście jest Ci bliskie zapraszam, podziel się w komentarzu czymś dobrym, co zdarzyło się Tobie w 2020 :) 

A tymczasem idę planować, co pięknego spróbuję zrobić w tym nowym 2021 roku i może pojawię się niedługo, żeby się tym podzielić :) 






Jak relacje z innymi wpływają na nasze szczęście?

Jak relacje z innymi wpływają na nasze szczęście?

 

Biada temu, kto jest sam i upada, i nie ma drugiego do pomocy. 
- Księga Koheleta

 Jak bardzo potrzebujemy innych ludzi...

Nastały czasy, w których jeszcze bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy doceniać wagę i wartość bycia w bliskich relacjach z innymi ludźmi. Badania psychologii pozytywnej pokazują, że takie związki, różnego rodzaju (romantyczne, przyjacielskie, w pracy, we wspólnocie religijnej lub inne grupie), podnoszą nasz poziom szczęścia, odporności i jakość naszego życia. Nie można tu oczywiście pominąć tego, że często nasi najbliżsi potrafią najszybciej wyprowadzić nas z równowagi i zestresować. Przebywanie razem przez większość czasu, często zbyt nachalne próby pomocy ze strony bliskich i znajomość wzajemnie większości swoich wad wpływa dość mocno na to, że potrafimy się mocno zdenerwować w tych kontaktach.


Jednak badania wskazują (Peter Warr i Roy Payne, 1982), że rodzina potrafi być także jednym z najczęstszych czynników, wywołujących w nas radość. Wiele studiów poświęcono temu tematowi, a wyniki pokazują, jak wielki wpływ ma na nas pozostawianie w bliskich kontaktach z innymi. Na przykład nasze zdrowie fizyczne mocno zależy od tego, czy jesteśmy samotnikami, czy osobami aktywnymi społecznie. Według prowadzonych pod koniec XX wieku badań większe szanse na powrót do zdrowia bez komplikacji po przebytych trudnych chorobach wykazywały osoby, które wspierane były przez małżonka, przyjaciół i bliskich. (Colon i in. 1991, Case i in. 1992). Ludzie, pozostający w bliskich relacjach z innymi lepiej przechodzą trudne i traumatyczne sytuacje w swoim życiu (Abbey i Andrew 1985).

Wskazuje to, że będąc w relacjach z innymi, w naszym życiu dzieje się wiele pozytywnych rzeczy. Bliscy często wspierają nas w dbaniu o zdrowie, odpowiednią dietę czy wytrwałość w ćwiczeniach. Są naszymi powiernikami i kiedy przechodzimy przez trudne okresy (w pracy, na uczelni i inne) możemy podzielić się z nimi naszymi stresami i kłopotami. Bliscy okazujący nam wsparcie są motywacją, aby się nie poddawać i walczyć dalej, a bez nich często poddalibyśmy się o wiele szybciej. Moim zdaniem relacje z innymi pozwalają nam także rozwijać w sobie różnego rodzaju „cnoty”, a bardziej współcześnie mówiąc, pozytywne cechy i wartości. Uczymy się cierpliwości, kiedy nasze dzieci (lub rodzice) kolejny raz wyprowadzają nas z równowagi. Uczymy się wierności, w sytuacjach, kiedy relacja jest trudna i przechodzimy razem przez trudności. Uczymy się poświęcenia i dawania czegoś z siebie innym, kiedy rezygnujemy ze swoich planów, aby uszczęśliwić innych, albo idziemy na kompromis. Oczywiście nie mam na myśli niezdrowych relacji i całkowitej rezygnacji z siebie – takie skrajności raczej nie poprawiają naszego dobrostanu, a mogą być pewnymi wskazówkami, do zastanowienia się czy relacja, w której jesteśmy nie jest toksyczna?

 


O związki jednak należy dbać. Relacje nie stają się bliskie i dobre same z siebie, ale dopiero kiedy obydwie strony włożą w nie pracę i „serce”. Myślę, że przywołane badania i pozytywy z trwania w bliskich relacjach z innymi opisane powyżej motywują i zachęcają. Jak to zwykle bywa, praktyka jest o wiele trudniejsza do wdrożenia, niż teoretyczne rozważania. Tak też ze związkami – łatwiej o nich mówić i czytać, a dużo trudniej wprowadzać w życie poznawane zasady. Szczególnie teraz, kiedy wiele naszych relacji pozostaje „na odległość”, nie spotykamy się tak często i regularnie jakbyśmy chcieli, albo przeciwnie – przebywamy np. z osobami, z którymi mieszkamy zbyt wiele czasu – nie jest łatwo. Poniżej dzielę się kilkoma pomysłami jak dbać o nasze relacje z innymi, bardzo proste i praktyczne, często małe rzeczy.


Jak dbać o związki z innymi, nawet na odległość?

  • zadzwoń – to mała rzecz, ale potrafi komuś przypomnieć, że o nim pamiętamy i rozjaśnić jego dzień. My też cieszymy się (zazwyczaj) kiedy ktoś dzwoni  bez „interesu”, ale po prostu aby dowiedzieć się, co u nas słychać.
  • napisz – wyślij przyjaciółce, chłopakowi i bliskiej znajomej z pracy inspirujący cytat, śmieszny obrazek, gif z grubym kotem, albo pozdrowienia ze swojego salonu (lub spod kocyka o tej porze roku), daj im znać, że o nich pamiętasz. Krótka wiadomość to minuta czasu, a może zmieni się w rozmowę, której obojgu potrzeba?
  • pamiętaj o urodzinach – nawet jeśli nie macie możliwości się zobaczyć, wysyłaj życzenia urodzinowe. Jeśli masz możliwość może nawet kartkę i mały upominek? Paczkomaty działają teraz ekspresowo ;)
  • zapytaj jaki ma problem i pamiętaj żeby za jakiś czas zapytać, jak się rozwiązał – to pokazuje, że zależy nam na drugiej osobie, że przejmujemy się tym, co się dzieje w jej życiu, a dzielenie się problemami zbliża. Oczywiście można też dzielić się tym, co pozytywne!
  • skorzystaj z jakiejś „gry” zbliżającej ludzi – na przykład odpowiedzcie nawzajem na „Pytania zbliżające ludzi”. Można je bez problemu znaleźć w Internecie. Innym pomysłem jest gra „Jak dobrze mnie znasz?”, w której zadajemy nawzajem pytania o nas samych, a druga osoba sprawdza, ile o nas wie. W ten sposób dowiadujemy się o sobie różnych ciekawostek, często wspólnych mianowników.

 


Warto jest inwestować w relację z drugim człowiekiem – ale też warto pamiętać o tym, aby dbać o własny rozwój, samopoznanie i nie zaniedbywać swoich prywatnych zainteresowań, ani nie dać sobie odebrać indywidualizmu w żadnym związku. Relacje pozbawiające nas naszego „ja”, to znaczy dążące do takiego ujednolicenia obydwu stron, że przestają one być odrębnymi osobami, a funkcjonują w ogromnej zależności od siebie może mieć katastrofalny wpływ na nasze życie. Jak mówi przysłowie każdy kij ma dwa końce, a ja zwykle powtarzam, że wszystko powinno być w równowadze. Przesada w żadną stronę nie przyniesie takich korzyści jak odpowiedni wyważenie.

Cieszmy się więc czasem z bliskimi, równocześnie dbając o swój indywidualny rozwój i rozwijajmy się w szczęściu.



 




Źródło:
David G. Myers – Bliskie związki a jakość życia, w: Psychologia pozytywna. Nauka o szczęściu, zdrowiu, sile i cnotach człowieka, Red. Janusz Czapiński

Psychologia pozytywna – w poszukiwaniu najlepszej wersji siebie

Psychologia pozytywna – w poszukiwaniu najlepszej wersji siebie


Czym jest psychologia pozytywna i dlaczego może nam się przydać?

Aby odpowiedzieć na pytanie, czym jest i czym zajmuje się psychologia pozytywna, należy najpierw opowiedzieć jakie są jej początki. Przez większą część historii psychologii, nauka ta skupiała się głównie na ludzkich brakach, niedoborach, patologiach i problemach. W taki sposób starała się pomagać człowiekowi – lecząc to, co nie było w nim dość dobre, lub to, co zakłócało codzienne funkcjonowanie. Tymczasem człowiek zdrowy to nie tylko ktoś, kto nie ma żadnych zaburzeń, ale także taki, którego życie jest radosne, który wykorzystuje swój potencjał, zna swoje mocne strony i cały czas rozwija w sobie to, co dobre.

To właśnie psychologia pozytywna, której pierwszym propagatorem był Martin Seligman zajmuje się tym, co w nas – ludziach dobre, stara się zachęcać do rozwoju tego, co pozytywne.

Psychologia pozytywna to naukowa odpowiedź dla poszukujących rozwiązania na pytanie – jak stać się szczęśliwszym i wieść pełne zadowolenia życie. Jej głównym celem jest, aby doprowadzić człowieka do poczucia spełnienia i zwiększenia jego dobrostanu. W przeciwieństwie do klasycznego podejścia nie skupia się na tym, jakie są ludzkie deficyty (choć nie odrzuca ich istnienia), ale stara się wskazywać na to, co dobre i wzmacniać to. Każdy z nas ma w sobie potencjał. Sztuka polega na tym, aby umieć go wykorzystać i znaleźć sposób na osiągnięcia w życiu szczęścia.

Warto jeszcze zaznaczyć, że psychologia pozytywna to nie czarodziejski sposób na pozbycie się wszystkich problemów, nie jest tylko „pozytywnym myśleniem życzeniowym”, ani bagatelizowaniem problemów, patrzeniem przez różowe okulary. Założenia prawdziwej psychologii pozytywnej opierają się przede wszystkim na odpowiednich badaniach naukowych, a nie są jedynie niesprawdzonymi pomysłami. To zdroworozsądkowe podejście, stały rozwój, poszukiwanie nowych sposobów na poprawienie jakości swojego życia, ale nie tylko przez teoretyczne rozważania, a konstruktywne działania, które podejmujemy, aby sprawić, że nasze życie stanie się lepsze.

Czy są jakieś magiczne metody na uzyskanie szczęścia? Nie, to raczej sporo pracy, którą należy włożyć w swój rozwój, w samopoznanie, w odczytywanie swoich emocji i uczuć oraz wykorzystanie tej wiedzy aby pomóc sobie osiągnąć szczęście.

Naukowcy zajmujący się psychologią pozytywną, jej zastosowaniem w terapeutyce i w poradnictwie indywidualnym wymieniają wiele metod, stosowanych przez nich podczas pracy ze swoimi klientami. Wiele z nich może wydawać Wam się znajoma. Sama poruszałam takie tematy wielokrotnie. To na przykład nauka wdzięczności, ćwiczenie odczytywania swoich emocji, skupianie się na pozytywnych stronach życia i sytuacjach, które dają nam radość. To też badanie swoich mocnych stron, wiedza o tym, jakie one są i umiejętne wykorzystywanie ich do swojego rozwoju we wszystkich dziedzinach – od nauki, przez pracę zawodową, aż do relacji międzyludzkich.

Ponieważ w tak trudnych i stresujących czasach, wielu z nas przechodzi trudny czas, zdecydowałam się w kilku wpisach przybliżyć tematy i zagadnienia poruszane przez psychologię pozytywną – oczywiście ze swoimi przemyśleniami i praktycznymi pomysłami na wprowadzenie jej metod w życie.

Odnajdując to, co we mnie najlepsze

Poznanie swoich mocnych stron to pierwszy krok w stronę pozytywnych zmian. Tak często skupiamy się na swoich brakach, na swoich wadach i popełnionych – lub wciąż popełnianych błędach – że zapominamy o tym, że każdy z nas ma także dobre strony. Prostym ćwiczeniem, które pokazuje, jak potrafimy sami zaniżać swoją ocenę jest wypisanie swoich 5 dobrych i 5 złych cech/stron. Zwykle kiedy pada takie pytanie, ludzie bardzo łatwo i szybko potrafią wymienić swoje braki, jednak długo zastanawiają się nad tym, co jest w nich dobre. Oczywiście nie generalizuję, jednak zauważyłam, że często tak jest.

Być może wynika to z tego, że faktycznie nie wiemy co robimy dobrze, brakuje nam nieco samoświadomości. Dlatego aby dowiedzieć się czegoś o sobie, warto wykonać na przykład test. W sieci znajdziemy ich wiele. Ja mogę polecić dwa:

https://www.16personalities.com/pl

https://www.viacharacter.org/survey/account/register

Pierwszy z nich pokazuje jaką mamy osobowość – choć ten test traktowałabym z przymrużeniem oka. Daje jednak ciekawe wyniki – w moim przypadku bardzo trafne. Otrzymujemy opis naszej osobowość, kilka mocnych i słabszych stron w języku polskim, oraz jeśli chcemy szczegółowy opis poszczególnych dziedzin życia po angielsku. Aby lepiej wykorzystać wyniki, jakie otrzymałam z testu zaprosiłam do wspólnego wypełnienia go kilka znajomych osób. Później razem porozmawialiśmy o tym, jakim typem osobowości jesteśmy. Porównaliśmy swoje mocne i słabe strony. Dzięki temu mogliśmy wzajemnie potwierdzić sobie, że widzimy w innych osobach cechy, o których mówią, oraz powiedzieć, które uważamy za dobre. Oczywiście można też przeanalizować sobie wyniki samemu J

Drugi test z kolei jest testem bardziej specjalistycznym. Jego wyniki to zestawienie naszych najmocniejszych cech i ich opisy. Wykonanie go zajmuje dłuższą chwilę, ale pytania są dość szczegółowe. Warto poświęcić jednak trochę czasu, żeby poznać siebie samego i dowiedzieć się, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Po skończeniu testu można zastanowić się, czy faktycznie te cechy wymienione jako nasze najmocniejsze są takimi, z którymi możemy się zgodzić. Myśląc o tych cechach pojawi się radość, poczucie satysfakcji, czy zadowolenia.

Po co nam ta wiedza? Znając swoje mocne strony i zalety, zaczynamy dostrzegać jaki potencjał w nas drzemie. Czasem może okazać się, że niepowodzenia i trudności jakie napotykamy wynikają z tego, że próbujemy na siłę osiągać sukcesy w czymś, co nie jest zgodne z naszym charakterem i predyspozycjami. Może niewielkie zmiany – nakierowanie się na działania, wykorzystujące nasze mocne strony – mogą pomóc nam rozwijać się bardziej i czerpać więcej satysfakcji z tego, co robimy?

Jeśli znam swój charakter i poznaję jakie rodzaje i metody działania są z nim zgodne, łatwiej mogę dobrać metody pracy, nauki, komunikacji z innymi – tak, aby działać w zgodzie ze sobą. A wtedy na pewno mój dobrostan trochę się poprawi, satysfakcja i radość będą większe.

Jak jeszcze można poznawać swoje mocne strony? Możemy poprosić naszych bliskich, aby wymienili w czym, według nich, jesteśmy dobrzy, albo co w nas cenią. W zamian powiedzmy im, co w nich doceniamy i dajmy im jakieś szczere komplementy J


A kolejne tematy o tym, jak być bardziej szczęśliwym i wykorzystać metody pozytywnej psychologii w kolejnych wpisach – jeśli jesteście zainteresowani zapraszam do śledzenia bloga i fanpage’u J



 





Poniżej znajdziecie linki i bibliografię, jeśli jesteście zainteresowani informacjami na temat psychologii pozytywnej: 





Pełne ciepła filmy idealne na jesienne chandry

Pełne ciepła filmy idealne na jesienne chandry

 



Ochłodziło się, mój winobluszcz na balkonie robi się czerwony, a w Starbucksie pojawiła się Pumpkin Spice Latte. Wiecie co to oznacza? To znak, że przyszła jesień. Nieodwołalnie. Instagramy zrobiły się pomarańczowo-żółto-złote a jesieniary wskoczyły pod kocyki. I żeby nie było, sama jestem trochę jesieniarą, bo lubię to uczucie kiedy można siedzieć w ciepłych skarpetkach, pić kakao, otulić się kocykiem i czuć się tak "przytulnie" ;) 

Wieczory się skracają, zaraz będzie ciemno od 18..17.. a dla mnie to oznacza, że zdecydowanie mniej będzie mi się chciało wychodzić na spacery, a bardziej siedzieć w domu i rozwijać się kinematograficzne - o ile jest takie słowo :) 

Oglądanie filmów i seriali niekoniecznie musi być zajęciem na samotne wieczory, można równie dobrze zorganizować sobie wieczór filmowy z przyjaciółmi - a może nawet serię takich wieczorów - i oglądać coś razem. 

Skoro jesień i zimno, i będzie deszcz i brzydko - zebrałam kilka moich ulubionych filmów/bajek, które zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój, są ciepłe, przyjemne i na pewno nie wspierają rozwoju żadnych depresyjnych myśli :D Niektóre oglądałam po kilka razy... Wybrałam takie filmy, które nie wymagają wielkiego skupienia i nie prowadzą do poważnych rozważań teoretycznych - co nie znaczy, że nie mają przesłania lub nie przekazują czegoś wartościowego. Bez dalszych wstępów - przytulne filmy na jesień w stylu Życia Prostego: 

(Aha! Ważna sprawa - to nie są najnowsze hity z kinowych ekranów - to bardziej coś w stylu "oldies but goodies")

Po kliknięciu w tytuł powinna otworzyć się dla Was karta z opisem filmu Filmweb :) 


Zatańcz ze mną (Shall we dance) 2004

Kto mnie zna, ten wie. To mój ulubiony film odkąd pamiętam. Obejrzałam go już ze 20 razy. Kiedy dzień był zły - Zatańcz ze mną. Kiedy dzień był wspaniały - Zatańcz ze mną. Na początku oglądałam z napisami, potem przełączyłam na oryginalny dźwięk i znam prawie wszystkie dialogi na pamięć. 

Za co tak go kocham? Po pierwsze młody Richard Geree, dżentelmen, w garniturze - kiedy byłam młodsza tak sobie wyobrażałam mężczyznę sukcesu (ach te młodzieńcze, wyidealizowane wizje). Po drugie J.Lo - piękna, elegancka, z klasą. Po trzecie - muzyka, ale nie takie łubudubu tylko klasyki, pięknie wykonane, dopasowane do akcji filmu, do różnych rodzajów tańca. No i taniec oczywiście. Klasyczny taniec zawsze mnie fascynował. Tańczyłam później po mieszkaniu nucąc "sway" i do teraz się cieszę, że mnie nikt nie podpatrzył :D 

No i dotyka spraw prawdziwego życia, zmęczenia rutyną, potrzebą odmiany, osiągnięcia czegoś, szukania siebie na nowo. Pokazuje, że czasem ciężko jest komuś okazać miłość, kiedy wpadnie się w pułapkę codzienności, że wyrwanie się z niej może zmienić nasze spojrzenie na życie. 

Zdecydowanie ciepłe odczucia, przyjemna muzyka, ładne obrazki i sceny taneczne. Dla romantyków i nie tylko :)


Coco 2017 

Ta bajka skradła moje serce. Można się pośmiać, można popłakać. Jest nietypowa, bo to żadne love story, a jednak o miłości. Tylko innej. Jest fantastycznie zrobiona - kolory są niezwykłe, postaci dopracowane, animacja płynna. Pod kątem wizualnym - nie mam nic do zarzucenia. 

Fabuła toczy się wokół muzyki - pasji, którą główny bohater odziedziczył po ojcu. Nie będzie jakimś dużym spojlerem, jeśli powiem, że zupełnie niechcący Miguel dostaje się do krainy zmarłych. Żeby jakoś naprawić tą niecodzienną sytuację, musi uzyskać błogosławieństwo któregoś ze swoich zmarłych krewnych. Ci jednak stawiają mu warunek, na który nie może się zgodzić - zaczyna więc poszukiwania ostatniego członka rodziny, który go zrozumie i odeśle do domu. 

W bajce są zwroty akcji, których zupełnie się nie spodziewałam, więc zakończenie było dość zaskakujące. Ale mnie generalnie łatwo zaskoczyć - ja nie z tych co domyślają się końca po dwóch pierwszych scenach :) 

Wszystko osadzone w niezwykłej, interesującej dla mnie scenerii Meksyku, pozwala poznać lepiej ich kulturę i wierzenia - nawet pod kątem edukacyjnym - same plusy. 

Polecam wziąć chusteczki - może być kilka płaczo-wywołujących momentów ;) 



Diabeł ubiera się u Prady (The Devil Wears Prada) 2006 

To zdecydowanie jeden z filmów mojego dzieciństwa. To trochę inna wersja motywu kopciuszka - czyli szarej myszki, która podczas trwania filmu zmienia się w piękną, odnoszącą sukcesy kobietę. Jednak to nie do końca klasyczna historia. Akcja toczy się głównie w wielkiej, modnej i niezwykle opiniotwórczej gazecie. Główna bohaterka próbuje przełamać swoje lęki i przypodobać się zaborczej i strasznej szefowej. 

Nie zdradzę zakończenia, ale jest to także film z morałem. Przede wszystkim moim zdaniem pokazuje, jak mocno kształtują nas sytuacje, przez które przechodzimy w życiu. Po drugie czasem, na pierwszy rzut oka, możemy kogoś bardzo niesprawiedliwie ocenić. 

Ogromnym plusem, przynajmniej dla mnie, były oczywiście aktorki odgrywające główne role - Meryl Streep i  Anne Hathaway. Obydwie cenię i uważam, że fantastycznie poradziły sobie w odgrywanych rolach. 

Przyjemny, raczej lekki (ale raczej z typu tych bardziej "dziewczyńskich") film na każde jesienne popołudnie. :)


Służące (The help) 2011

Chyba najbardziej "edukacyjny" z listy. Film opowiada historię kilku czarnoskórych kobiet pełniących rolę służących w amerykańskich domach w latach 60tych. Młoda, ambitna dziennikarka postawia spisać książkę, opowiadająca ich historię. Jak możemy się domyślić naraża się tym na wiele problemów i niezrozumienia, a opisywane bohaterki z lękiem podchodzą do jej pomysłu. 

Mimo, że historia dotyka ogromnie trudnego tematu, jakim było okropne traktowanie czarnoskórych i strasznego rasizmu, to jest przedstawiona w przystępny i ciepły sposób. Może ktoś uzna, że nie powinno się w taki sposób rozmawiać o takich kwestiach. Moim zdaniem jednak jest to dobry sposób, aby w jakikolwiek sposób zwrócić uwagę na to, jakie, często kuriozalne, sytuacje miały wtedy miejsce. 

Film może doprowadzić do śmiechu, a zaraz potem do płaczu. Warto go obejrzeć jeśli chcemy czegoś nowego się dowiedzieć, a przy okazji przyjemnie spędzić czas. Kolorystyka filmu i ciepło jakie bije od głównych bohaterek sprawiły, że bardzo chętnie do niego wracam. :) 




Inne propozycje (wraz z odnośnikiem do Filmweb - to nie żadne promowanie, tam po prostu najłatwiej dowiedzieć się czegoś o większości wyprodukowanych filmów!) 

- Zwierzogród

- Deszczowa piosenka

- Praktykant

- Ukryte działania

- Ponad wszystko 

i specjalnie dla tych, którzy już weszli w klimat świąteczny: 

- Klaus



źródła zdjęć: 

https://upflix.pl/film/zobacz/shall-we-dance-2004
https://upflix.pl/film/zobacz/coco-2017
https://fdb.pl/film/3066-diabel-ubiera-sie-u-prady/plakaty
https://deon.pl/po-godzinach/film/film-na-weekend-sluzace,309615









Czy ziemia potrzebuje nas, czy my potrzebujemy jej?

Czy ziemia potrzebuje nas, czy my potrzebujemy jej?


Temat, który chcę poruszyć wywołuje wiele emocji. Wiem, że jedni uważają go za niepotrzebny, być może przesadzony. Inni znów poświęcają mu bardzo wiele uwagi. Ja z kolei do pewnego momentu unikałam go, bo powodował pewnego rodzaju strach, obawy i niepokój. Jednak po obejrzeniu pewnego filmu, spojrzałam na to z innej perspektywy i czuję potrzebę przekazać to dalej. 

Mowa o globalnym ociepleniu i wszystkich powiązanych z nim następstwach. Bo to nie chodzi tylko o zwiększającą się temperaturę... to wiąże się z ginięciem kolejnych gatunków zwierząt i roślin, degradacją ogromnych połaci naturalnie dzikich terenów - a to wszystko wpłynie bezpośrednio na nas - ludzi. 

Nie mam chęci ani zamiaru nikogo straszyć, albo zamieniać się w "eko-terrorystkę" (choć M. czasem mnie tak nazywa, kiedy np. kupuję metalowe słomki albo bambusową szczoteczkę do zębów). Chcę Wam polecić obejrzany przeze mnie film i (w bonusie) przypomnieć kilka innych - bardzo popularnych - które delikatnie, albo wprost poruszają te problemy. 


David Attenborough - Życie na naszej planecie 


Trafiłam na ten film przypadkiem, widząc polecenie na Facebooku (w końcu znalazłam tam coś ciekawego). Do filmów tego typu podchodziłam z mocną rezerwą, bo zwykle były pełne "straszenia" i piętnowania. Zwykle kończyło się to u mnie złym nastrojem na resztę dnia i poczuciem, że "i tak nic z tym nie zrobię...wszystko już stracone" itd. Jednak zdecydowałam się obejrzeć i naprawdę się cieszę, że to zrobiłam. David Attenborough podróżuje po całym świecie od młodości. Zwiedził najdziksze zakątki planety... które, jak się okazuje, tracą swoją dzikość. Film jest jego osobistymi przemyśleniami na temat procesu degradacji ziemi, jaki dokonuje się już od wielu, wielu lat, ale jeśli nie zostanie przerwany, może wkrótce stać się nie do zatrzymania. 

Mogłoby się wydawać, że proces ocieplania się planety i wszystkich powiązanych z tym następstw wcale nie jest tak szybki. Jednak kiedy zorientujemy się, jak wiele zmieniło się podczas życia jednego człowieka - w ciągu kilkudziesięciu lat - okazuje się, że jest to jak mrugnięcie okiem w porównaniu z tym jak długo zachodziłyby te procesy bez ingerencji człowieka. W ciągu 200 lat wytworzyliśmy tylko CO2 ile aktywne wulkany przez tysiące lat. (Dokładne dane w filmie). 

Jednak David nie zostawia nas z wizją chylącej się ku upadkowi cywilizacji - choć przedstawia ją dość dosadnie - ale pokazuje nam, jak można odwrócić ten proces i przywrócić równowagę między naturą i człowiekiem. 

Nie będę zdradzać wszystkiego - zachęcam, gorąco jak nigdy, do obejrzenia tego filmu, pokazania znajomym i przemyślenia. Wiem, że wiele wymienionych tam rozwiązań może sprawiać wrażenie będących poza naszym zasięgiem. W pewnym stopniu tak, ale na wiele mamy wpływ. 

Natura da sobie radę, z nami lub bez nas. Musimy zdecydować, czy chcemy nauczyć się żyć z nią w równowadze. 


Wall-e


Pamiętacie tego uroczego robocika? To była pierwsza obejrzana przeze mnie bajka, poruszająca bezpośrednio problem związany z ekologią. A to był rok 2008 (!), już wtedy ta tematyka musiała być istotna, skoro ktoś zdecydował się poruszyć taki temat i to w bajce dla dzieci. Choć moim zdaniem wiele bajek uczy takich rzeczy, które dorosłym także przydałoby się dowiedzieć. 

Jeśli nie znacie tej historii, w kilku słowach - jest to opowieść o robocie Wall-e, który ma za zadanie oczyszczać planetę. Codziennie wyjeżdża ze swojego "bunkra", zbiera śmieci i zmienia je w małe kostki, zmniejszając tym samym ich objętość. Odkąd to zadanie zostało mu powierzone musiało minąć wiele setek lat, ponieważ jest on ostatnim robotem wykonującym swoje zadanie. 

Na ziemię co jakiś czas wysyłane są roboty, które mają za zadanie sprawdzić, czy atmosfera na ziemi poprawiła się na tyle, aby mogło na niej znów zaistnieć życie. Wysyłane są one przez ludzi, żyjących od lat na statku unoszącym się w kosmosie. 

Eva - zaawansowany robot znajduje na ziemi roślinkę. 

Co się dzieje dalej, musie zobaczyć. Bajka zawsze mnie wzrusza. Pokazuje, że łatwo jest zatracić coś cennego, zamieniając to na byle jakie podróbki. Uczy, że uparte dążenie do celu, wytrwałość, praca nad czymś - pomimo braku efektów - mogą dać wartościowe "plony". 

No i oczywiście nic tak nie rozczula, jak zakochujące się w sobie roboty ;) Może nie jest to najlżejsza propozycja - jednak na pewno bardzo wartościowa. 

Happy Feet - tupot małych stóp


Nikt nie tupie jak ten pingwin ;) 

Bardzo przyjemna bajka, którą powiem szczerze obejrzałam dopiero w tym roku, chociaż wyprodukowano ją już naprawdę dawno. Od razu skojarzyła mi się z poruszanym tematem, bo opowiada o wyniszczaniu środowiska Arktyki. Pingwiny udają się w podróż aby uratować jednego z nich, który utknął w plastikowym opakowaniu. Z początku uważał je za amulet, jednak zaczęło go ono dusić. 

Okazuje się, że zmniejszająca się ilość ryb, a więc i głów pingwinów spowodowały przemysłowe statki odławiające ryby w ich pobliżu. Co się dzieje dalej, musicie zobaczyć. 

Spodziewałam się miłej, lekkiej historii, ale bajka porusza naprawdę ważne tematy. Wpływ człowieka na naturalne środowisko wielu gatunków jest bardzo mocny. Być może część tych działań spowodowała szkody nieumyślnie, jednak wydaje mi się, że to chęć zysku doprowadziła do tego, że dobro natury i zwierząt sprowadzono na drugi plan. 

Poza przekazywaniem ważnych wartości i zwróceniem uwagi na ekologiczne problemy, bajka jest ładnie zrobiona i dobrze oprawiona muzycznie. 


Rio 2 


Ostatnia bajka to Rio 2. W musicalowej konwencji, w pięknych, żywych kolorach i z zabawnymi postaciami. Opowieść to kontynuacja losów Rio i jego partnerki, którzy postanawiają wychować swoje młode wśród rodziny, w głębi amazońskiego lasu.

Historia dotyczy głównie różnych rodzinnych perypetii i próby dostosowania się Rio do nowego środowiska. W tle jednak poruszany jest problem wycinki lasów tropikalnych. Jest on o tyle istotny, że wpływa na losy bohaterów. 

Prawdą jest, że wycinki lasów deszczowych wpływają na ginięcie gatunków drzew, innych roślin i zwierząt - w tym pięknych, takich jak przedstawione w bajce ptaków. Tracą one swój dom i schronienie, na rzecz rozwoju plantacji palm olejowych czy soi. 

Bajka jest pełna ciepła, rodzinnego klimatu, ale także pokazuje ważne kwestie środowiskowe. 




Czy opisane powyżej filmy to tylko bajki dla dzieci? Uważam, że to coś więcej. Oczywiście świetnie sprawdzą się, jeśli ktoś chciałby w przystępny sposób rozmawiać z dziećmi o ochronie środowiska i pokazywać im, jaki wpływ może mieć człowiek, jeśli nie będzie działać rozważnie. 

To jednak także dla dorosłych przestroga, albo nawet przedstawienie już dziejących się w środowisku naturalnym tragedii. 

Czy uważacie, że działanie jednego człowieka - mnie, Ciebie - mogą coś zmienić? Czy macie jakieś sposoby, aby ograniczyć negatywny wpływ na środowisko, albo na to, jak pomóc naturze się zregenerować po naszej degradacji? 

Dajcie znać w komentarzach, czy ten temat Was interesuje, czy nie. Czy uważacie go za ważny, czy jako wymysł "kogoś z góry"? 

Ja tymczasem planuję wpis o moich sposobach, na to, aby choć minimalnie pomóc naturze i żyć z nią w trochę większej zgodzie :) 






Źródła zdjęć: 
https://www.ppe.pl/publicystyka/9571/david-attenborough-zycie-na-naszej-planecie-2020-recenzja-opinie-o-filmie-netflix.html
http://motywdrogi.pl/2008/08/23/wall-e/
https://archiwum.stopklatka.pl/news/svenastyczny-eryk-o-happy-feet-2
https://film.wp.pl/program-tv-na-sobote-rio-2-django-i-uklad-zamkniety-6049988779652225a








Czy muszę być perfekcyjna? Jak poradzić sobie z nadmiarem oczekiwań i zostać sobą

Czy muszę być perfekcyjna? Jak poradzić sobie z nadmiarem oczekiwań i zostać sobą

 


Mam takie zapędy, że zdarza mi się dążyć do perfekcji, wykańczając się po drodze i ostatecznie więcej zawalić niż zyskać. Zaczęłam się zastanawiać z czego to wynika i mam pewną teorię. O oczekiwaniach społeczeństwa, skierowanych nie tyle w stronę konkretnych osób co do ogółu...robiących nam czasami pranie mózgu. 

Czy zdarza Wam się oglądać reklamy telewizyjne? Ponieważ nie mam w domu telewizji, zdarza się to sporadycznie, niemniej jednak pojawiają się one także w Internecie, gazetach itd. Sytuacja jest taka, że z ekranu (tudzież plakatu/billboardu/strony w gazecie) uśmiechają się do nas idealne kobiety. Używają wspaniałych kosmetyków, mają ułożone włosy i makijaż, dbają o siebie, dom, dzieci, męża. Są kobietami sukcesu, jednocześnie nie zaniedbującymi swoich domowych obowiązków. Robią dzieciom zdrowe śniadania i kupują prozdrowotne suplementy diety z witaminą D (ponoć to ostatnio hit!). 

Może nikt nie powiedział mi tego wprost, ale jako kobieta czuję się zobowiązana do bycia niemalże idealną. Powinnam być wykształcona (najlepiej w jakimś dobrym, korzystnym z punktu widzenia rynku pracy zawodzie), spełniać się zawodowo, prowadzić dom - dbać o porządek, zakupy i zawsze mieć świeże kwiaty w wazonie. Na dodatek - muszę dbać o swoją atrakcyjność, sylwetkę i zdrowie. 

Czujecie ten klimat? Czy nie zdarzyło Wam się, że poczułyście się nie dość dobre, bo pranie nie zrobione, albo może dlatego, że nie wzięłyście nadgodzin? Czy też narzucacie sobie (tak jak ja) niedoścignione i nieosiągalne cele, aby ze wszystkim poradzić sobie perfekcyjnie? Aby sprostać niewypowiedzianym, ale odczuwalnym standardom narzucanym przez społeczeństwo.

Uważam, że ogromny wpływ mają na to media i kształtowane przez nie wizerunki idealnych ludzi. Zapewne także mężczyźni borykają się z tak wysokimi oczekiwaniami wobec nich - ale wiadomo, kobieca perspektywa jest mi bliższa. Widzę iskierki zmian w tej kwestii, bo coraz częściej promuje się naturalność - pokazuje się kobietom, że to nie ich ciało jest wyznacznikiem ich wartości, pokazuje się, żeby pamiętać o sobie, swoich potrzebach i selflove. Tylko czy to wystarczy? 


A co się stanie, jeśli odpuścisz?

Kiedyś już o tym pisałam, że naprawdę - jesteś dość dobra, i jesteś dość dobry! Nie daj sobie wmówić, że tylko perfekcja ma wartość. Powiedzmy sobie wprost - nie jesteśmy w stanie sprostać wszystkiemu. Czasem odpuścimy dietę i zjemy ciasto, czasem zawalimy egzamin, czasem zaśpimy, a czasem pójdziemy na miasto bez make-up'u. I wiecie co ? To dobrze! To, że jesteśmy niedoskonali świadczy o tym, że jesteśmy żywymi ludźmi, a nie robotami. 

Spróbujmy żyć w zgodzie ze sobą, z tym w co wierzymy (nie tym, co wmówiły nam media, że powinniśmy wierzyć). Poznajmy swój organizm i słuchajmy go - kiedy jesteś ciągle przemęczona, masz siniaki pod oczami i żyjesz od kawy do kawy - może to znak, że potrzebujesz więcej snu? Zapytaj siebie, co jest dla Ciebie ważne w tym czasie - może to troska o relację z bliskimi, a może skupienie się na pracy, może czas na zadbanie o zdrowie. 

Czy coś się stanie jeśli zamiast pozamiatać całe mieszkanie zaplanujesz czas na "randkę" z mężem?

Czy świat się zawali jeśli dziś na obiad będzie pizza, bo potrzebowałaś drzemki lub po prostu nie zdążyłaś ogarnąć wszystkiego? 


A może by tak posłuchać siebie?

Nie uważam się za idealną panią domu? Ciągle zasuszam jakieś kwiatki... nawet (podobno) nieśmiertelne sukulenty potrafię zabić.
Żonę? Oj nie... staram się, ale i tak zdarza mi się dla spokoju rzucić "nie ważne" i strzelić focha. 
Studentkę? Gdybyście widzieli ile razy opuściłam wykład, albo uczyłam się na dzień przed. 

Ale uczę się tego, że to nie to, co robię, ale to kim jestem ma większe znaczenie. To że jestem prawdziwa, że staram się, daję z siebie 100%, ale czasem to za mało. Uczę się decydować, co w tej chwili jest najważniejsze. Priorytetyzować, a nie wszystko uznawać za pilne i ważne. Stawiam sobie na pierwszym miejscu moją wiarę, później moich bliskich i zdrowie. Dopiero dalej jest pranie, gotowanie i cała reszta. 

Nie dajmy sobie wmówić, że musimy być idealni. Że tylko tacy możemy czuć się wartościowi. Dajmy z siebie 100% w tym, na czym najbardziej nam zależy, a nie tam, gdzie media wmawiają nam że musimy. 

To też trochę wiąże się z wyrażaniem naszych przekonań, byciem sobą, nie dostosowywaniem się do oczekiwań innych ludzi...



Mam wrażenie, że to temat rzeka. Czuję, że trochę go tylko poruszyłam, choć mogłabym pisać jeszcze wiele więcej...

Dajcie znać, czy też czujecie się przytłoczeni tymi wszystkimi oczekiwaniami, czy może już macie luz? Jestem ciekawa czy ktoś jeszcze czuje to, tak jak ja. :) 










Wakacyjna lista małych przyjemności - do pobrania!

Wakacyjna lista małych przyjemności - do pobrania!


Kochani, mamy wakacje. I można powiedzieć, że prawie w pełni! Tymczasem ja w końcu przychodzę z dawno obiecaną niespodzianką. Często zdarzało mi się, że chociaż miałam wolny czas do zagospodarowania nie wykorzystywałam go dobrze. Albo nie wiedziałam, co ciekawego mogłabym robić, albo wpadałam na dobre pomysły za późno, żeby je zrealizować. Kolejnym moim problemem jest to, że często nawet kiedy niby mam wolne, to nie umiem odpocząć. Chodzą za mną dziesiątki rzeczy do zrobienia i zapamiętania. Pomyślałam, że po prostu może źle odpoczywam. 

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić moją (jak zwykle subiektywną) listą wakacyjnych zajęć, pomysłów, które pomogą dobrze wykorzystać wakacyjne wolne. Niezależnie czy masz wolne dwa tygodnie, miesiąc czy zaledwie weekend - na pewno któreś z punktów uda Ci się zrealizować. Niektóre są bardziej wymagające, inne bardzo szybkie i proste. 

Myślałam o rzeczach, zajęciach, które faktycznie mogą pomóc się zrelaksować i odpocząć. Są różne, bo i ludzie są różni. Jednego relaksuje wycieczka do dużego miasta, innego na odludzie. 

Kilka z pojawiających się na liście pomysłów to Wasze podpowiedzi, które zostawiliście na Facebooku :) Na końcu zostawiłam też miejsce, abyście mogli dopisać swoje własne pomysły i plany :) 

Lista ma wakacyjny wygląd, można ją przypiąć na lodówce albo na tablicy korkowej. Możecie ją pobrać zupełnie za darmo! 

Jest nazwana Wakacyjnym Bucket List - to taka lista rzeczy do zrobienia. Po prostu. Można przygotowywać ją na każdą okazję, na przykład na jesień, na wakacje, albo Ultimate Bucket List, czyli lista rzeczy, które chcemy zrobić w życiu! 

Będzie mi miło jeśli udostępnicie ten post znajomym i podzielicie się tym, co przygotowałam :) 


Bez większego przedłużania, poniżej darmowa wakacyjna lista do pobrania: 






A tymczasem życzę Wam fantastycznych wakacji! ;) Dajcie znać, czy lista się przydała !






Kiedy z Panny zmieniasz się w Panią...

Kiedy z Panny zmieniasz się w Panią...



Najpierw emocje związane z zaręczynami, planowanie wesela, zaproszenia, suknia, kwiaty, muzyka... Wesele, najpiękniejszy dzień, cudowna impreza, wszystko w brokacie, miłość w powietrzu i te sprawy. Potem czasem podróż poślubna, cud&miód, wywoływanie zdjęć, może jakaś ślubna sesja w plenerze... a potem szara rzeczywistość. Pranie skarpetek, zmywanie naczyń, robienie planów budżetowych, żeby nie wydać majątku a zdrowo jeść, często łączenie kończących się studiów, czy pełnoetatowej pracy z domowymi obowiązkami, których nie ubywa... Czy życie po ślubie zawsze tak wygląda? 

Co ja się nasłuchałam, że ten ślub to coś za szybko, że za młoda jestem, że życie sobie zmarnuję, że tyle fantastycznych rzeczy mogłabym jeszcze zrobić, zobaczyć, podróżować... A że po co tak się spieszyć, przecież ślub nie ucieknie. Generalnie, gdyby tak zebrać te niektóre "dobre rady" to można by dojść do wniosku, że moje sakramentalne "tak" oznacza dla mnie coś prawie tak strasznego, jak dożywotni wyrok, że moje beztroskie dni właśnie się kończą, że obrączki są, jak to je ktoś ładnie nazwał, jak gps, przez który nie mogę żyć wolna i po swojemu. Oczywiście niewiele lepszą przyszłość wróżono mojemu M., rzucając oczywiście jedynie niewinne żarty o małżeńskim życiu. Dobrze, że się biedak nie rozmyślił... 

Straszne rzeczy. 




Czy zawsze ślub w młodym wieku to taki zły wybór? Czy ślub w ogóle to kiepska opcja? Na pewno znajdą się tacy, którzy są przeciwnikami małżeństwa generalnie i nie wiem, czy cokolwiek bym napisała zmienili by zdanie - ale oczywiście mają prawo do tego zdania i ogromnie ich szanuję :) Chciałabym to jednak pokazać z innej perspektywy. Nasz ślub był już prawie dwa lata temu, co swoją drogą bardzo szybko minęło, a w jego momencie miałam 22 lata - mało? Możliwe. Czy żałuję ? Absolutnie nie. 

Faktycznie wychodzenie za mąż tak szybko niesie za sobą różne trudności, ale szczerze mówiąc nie sądzę, aby były one mniejsze gdyby ślub był 5 lat później. Część z nich byłaby pewnie po prostu inna. W tym miejscu ważne jest, żeby zaznaczyć, że nie mieszkaliśmy z M. przed ślubem razem, ze względu na przekonania :) To istotne, bo pewnie z perspektywy osób, które żyją razem już przed ślubem moje przeżycia mogą być niezrozumiałe. Chociaż to nie znaczy, że nie mamy żadnych wspólnych doświadczeń ;) 

Żeby nie było, że ja to zawsze jestem taka cukierkowa i wszystko jest cudowne, powiem Wam o dwóch stronach tego medalu. Może ktoś, kto zastanawia się czy ślub szybko, albo późno albo w ogóle to dobry pomysł... może to, co napiszę pomoże w podjęciu decyzji? Albo chociaż dołoży jakieś punkty do listy "za" i "przeciw"? :) 




Co było trudne? 

  • Szczerze mówiąc jedną z trudniejszych kwestii zaraz po ślubie był mój kompletny brak doświadczenia w sprawach "dorosłych", czyli wiecie - mieszkanie, opłaty itd. Na szczęście M. ogarniał to wszystko, bo już mieszkał sam :) Ja z kolei byłam tym okropnie zestresowana, nie miałam pojęcia jak się co załatwia. To jednak szybko nadrobiłam i teraz już nie mam z tym problemów :) 

  • Przestawienie się na "bycie panią domu" trochę mnie uderzyło, szczególnie, że przed ślubem nie mieszkałam sama, ale wyprowadziłam się prosto od rodziców. Planowanie zakupów, czasu na sprzątanie i innych tego typu rzeczy na początku nie szedł mi za dobrze... nie uważam, żebym przed ślubem była aż taka niesamodzielna, ale jednak zawsze byłam tą osobą, która "pomaga" rodzicom, a nie tą, która zarządza takimi sprawami. Tuż po ślubie koszmarnie planowałam zakupy, przez co albo musiałam iść do sklepu 5 razy, bo zawsze mi czegoś brakowało, albo wydawałam na nie zdecydowanie więcej niż mogłabym, gdyby były dobrze zaplanowane... 

  • Przestawienie się z "ja" na "my" też było wyzwaniem. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się, że nie mam "swojego pokoju" a mamy "nasz pokój" i "nasze mieszkanie". Chociaż oczywiście każdy miał jakiś swój kąt, w którym miał swoje rzeczy, jakieś miejsce do pracy itd, to jednak chwilami brakowało mi mojego pokoju...który miałam urządzony w 100% pod siebie i naprawdę go lubiłam :P (to był bardzo przyjemny pokój!) 

  • To samo tyczyło się wspólnego spędzania czasu i wyjść. Co prawda przed ślubem spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, jednak więcej było wyjść osobno. Po ślubie raczej zapraszani byliśmy razem, a rzadziej osobno. Czasem gdzieś nas nie zaproszono - bo na imprezce byli sami single :P W sumie, nie dziwię im się, ale trzeba było to przeskoczyć. Na całe szczęście moje niezawodne przyjaciółki wyciągają mnie często samą i teraz wszystko jest już w równowadze :)

  • Nasze odmienne nawyki i przyzwyczajenia, które czasem doprowadzały mnie do szału... Przez pierwsze miesiące co chwilę ktoś był zdziwiony, jak "dziwne" zwyczaje ma druga osoba... i to od dużych, po tak małe jak inne metody układania naczyń na suszarce :D 

  • Trudno było skupić się na zajmowaniu się domem, dbaniem o relację, pracy i kończeniu studiów jednocześnie. To chyba coś, co odczuwają własnie młode pary, biorące ślub. To naprawdę sztuka pogodzić te wszystkie sprawy. 




Ale... czy te wszystkie czarne scenariusze się spełniły? No nie, naprawdę nie. Mimo trudnych początków, przez te dwa lata było też bardzo dużo wspaniałych chwil. 


  • Okej, z początku to całe pranie, sprzątanie i ogarnianie domu mi nie wychodziły, jednak po czasie wypracowałam sobie nawyki i sposoby, żeby to wszystko sobie ułatwić. Nauczyłam się też pamiętać o rzeczach, które mi na początku uciekały - ostatecznie więc, same korzyści! Nie powiem, żeby teraz mój "system" był idealny, ale działa całkiem nieźle, nie chodzimy głodni i nie muszę biegać do sklepi milion razy, bo robię bardzo dobre listy! :D


  • Małżeństwo uczy kompromisu i sztuki (trudnej) odpuszczania. Każdy kto jest, lub był w związku wie, że czasem są takie dni kiedy druga osoba denerwuje nas samym oddychaniem (czy tylko kobiety tak mają?). Ja jestem szczególnie niecierpliwa w tym zakresie, kiedy mam zły dzień to... bez kija nie podchodź jak to mówią. Ale coraz częściej udaje mi się w takich momentach odpuszczać, wziąć kilka oddechów, odwrócić się i nie wybuchać, ani nie złościć się o pierdoły.. Mam nadzieję, że M. by to potwierdził.. naprawdę się staram. Może ktoś powie, że to żadna zaleta.. cóż, dla mnie tak, bo szlifowanie swojego charakteru to ważna sprawa :) 

  • Bycie żoną dodało mi odwagi. I może to brzmi śmiesznie, ale to nie chodzi o szukanie swojej wartości w drugiej osobie, nic z tych rzeczy. Po prostu świadomość, że zawsze znajdę w drugiej osobie wsparcie, że po długim dniu mogę wrócić do domu i się do niej przytulić (oczywiście jak już pozmywam naczynia :D) i że ona stanie za mną murem, bo tak robi się w małżeństwie. No i jak już mam z głowy ten cały młyn ze ślubem mogę skupić się na innych rzeczach :) 


  • Zawsze mam parę na wesele. I na sylwestra. I andrzejki...i urodziny cioci. Na każdą okazję. Ja wiem, jak ktoś ma chłopaka to też ma. Ale wiecie...jak ma się męża, to jest taka dożywotnia umowa i wiem, że do końca życia nie będę już musiała szukać pary i stresować się pytaniem kogoś o towarzyszenie mi! :) 


  • To są w dużej mierze małe rzeczy. Czasami krótkie chwile, które nadają temu wszystkiemu sens. Na przykład kiedy wracam wieczorem z daleka a w domu czeka na mnie kanapka, albo kiedy boli mnie głowa i M. idzie 25 minut w jedną stronę żeby kupić mi Bubble Tea na pocieszenie. To są te momenty, kiedy mówimy to samo, albo kiedy przymykamy oko na dziwne nawyki drugiej osoby. To jest też świadomość bycia z osobą, którą dał mi Bóg - ja tak to widzę - i pewność, że to ta właściwa osoba, brak wątpliwości i to, że wiem, że cokolwiek przyjdzie przejdziemy to razem, bo połączyło nas coś więcej niż zauroczenie - wspólna wiara i przekonania. Tego życzę każdemu, aby osoba z którą się zwiąże wyznawała to, co on/ona. :) Bo to robi różnicę. 


  • M. chciał dodać punkt od siebie i według niego dużym plusem bycia po ślubie jest to, że nie trzeba już się martwić szukaniem dziewczyny i uganianiem się za nimi. Ma się już tą jedną jedyną, dla której trzeba się starać, ale im lepiej ją poznajesz tym lepiej będzie to wychodzić. 





Poszalałam dziś z długością, więc jeśli dotrwaliście do tego miejsca jest mi niezmiernie miło. Jeśli zechcecie podzielić się tym tekstem z kimś jeszcze, będzie mi jeszcze milej :) 

Podkreślę tylko, że nikogo nie zmuszam, nie zniechęcam, nie narzucam swojego zdania - po prostu je wyrażam. Jeśli z czymś się zgadzasz lub nie - daj znać w komentarzu. Chętnie poznam Wasze opinie. 













Copyright © Życie Proste , Blogger